Polski milioner oddaje proporcjonalnie mniejszą część swojego dochodu na podatki i składki niż pielęgniarka na etacie. Nie dlatego, że oszukuje. Dlatego, że system mu na to pozwala, a nawet do tego zachęca. Ten mechanizm ma nazwę: arbitraż podatkowy.
Polega na czymś prostym. Im wyższy dochód, tym łatwiej wybrać formę rozliczenia z niższą stawką. Etatowiec stawki nie wybiera, bo dostaje ją z góry. Człowiek zarabiający dużo wybiera między działalnością, ryczałtem, dywidendą, najmem prywatnym i fundacją rodzinną. I wybiera tę najtańszą.
Trzy osoby, podobne życie, różne stawki
Weźmy trzy konkretne przypadki i policzmy łączne obciążenie dochodu (PIT plus ZUS plus NFZ):
| Kto | Łączna stawka |
|---|---|
| Etatowiec, 9 tys. brutto | 40,4% |
| Dyrektor na B2B z ryczałtem 8,5%, 25 tys. miesięcznie | 21% |
| Influencer na ryczałcie 15%, 90 tys. miesięcznie | około 19% |
I tu pojawia się pozorna sprzeczność, która najbardziej irytuje w komentarzach: dyrektor rozlicza się ryczałtem 8,5%, influencer aż 15%, a mimo to to dyrektor oddaje większą część dochodu (21% wobec 19%). Wykres pokazuje, dlaczego. Składki ZUS na ubezpieczenia społeczne (około 1 927 zł miesięcznie w 2026 roku) i składka zdrowotna na ryczałcie (najwyższy próg to 1 495 zł) są w praktyce kwotami stałymi, niezależnymi od tego, ile zarabiasz. Dla dyrektora z 25 tys. te sztywne ok. 3,4 tys. zł to mniej więcej 14% dochodu. Dla influencera z 90 tys. ta sama kwota to już tylko 4%. Im wyższy dochód, tym bardziej stałe składki rozmywają się do ułamka procenta, a nominalna stawka ryczałtu coraz mniej znaczy. Dokładnie ten mechanizm sprawia, że system jest regresywny: największe sztywne obciążenia spadają na tych, którzy zarabiają najmniej, a nie na tych z najwyższym dochodem.
Jedna uwaga dla uczciwości rachunku, bo to ważne. Te 40,4% u etatowca liczymy od pełnego kosztu pracy, czyli razem ze składkami płaconymi przez pracodawcę, które są częścią tego, co kosztuje twoje zatrudnienie. W samej wypłacie netto etatowiec widzi mniej więcej jedną czwartą, a resztę dopłaca pracodawca jako klin podatkowy. Ale to wciąż pieniądze odprowadzane od twojej pracy. I tak czy inaczej kierunek jest jednoznaczny: im wyższy dochód i im łatwiejszy dostęp do formy ryczałtowej, tym mniejsza realna stawka.
To jest regresja: im wyżej, tym mniejszą część dochodu oddajesz. Polska liniówka działa wybiórczo, na korzyść góry.
Cap 30-krotności: dlaczego najbogatsi płacą składki od średniej
Najbardziej jaskrawym przykładem jest limit 30-krotności w ZUS. Działa tak, że składki emerytalne i rentowe płaci się maksymalnie od trzydziestokrotności prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia, czyli od około 282 tys. zł rocznie. Powyżej tej kwoty składek się już nie odprowadza.
W praktyce oznacza to, że ktoś zarabiający 500 tys. i ktoś zarabiający 5 mln płacą tę samą, ograniczoną składkę. Najlepiej zarabiający opłacają więc ZUS w istocie od poziomu zbliżonego do średniej krajowej, a cała nadwyżka dochodu jest od tej daniny wolna. Reszta wycieka przez działalność, ryczałt, dywidendę i najem prywatny.
Arbitraż psuje też rynek pracy, nie tylko budżet
Arbitraż nie kończy się na tym, że ktoś płaci mniej. On psuje konkurencję między firmami.
Policzmy. Ten sam pracownik z 15 tys. zł „na rękę" kosztuje pracodawcę około 25 tys. zł na umowie o pracę i około 19 tys. zł na B2B z ryczałtem 12% (stawka programistyczna). Sześć tysięcy różnicy miesięcznie na jednej osobie. Przy dziesięciu osobach to mniej więcej 60 tys. zł, które konkurent oszczędza, przepychając ludzi na samozatrudnienie.
flowchart TD
A["Pracownik: 15 000 zł netto"] --> B["Na UoP kosztuje firmę
≈ 25 000 zł"]
A --> C["Na B2B + ryczałt 12%
≈ 19 000 zł"]
B --> D["Firma grająca uczciwie
ma wyższe koszty"]
C --> E["Konkurent na B2B
tnie koszty o ~6 tys./os."]
D --> F["Uczciwa firma przegrywa cenowo"]
E --> F
F --> G["Cała branża przechodzi na B2B"]
style A fill:#720546,color:#fff
style G fill:#720546,color:#fff
Firma, która chce zatrudniać uczciwie, na umowie o pracę, ze składkami i ochroną, ma wyższe koszty od konkurenta. Albo zejdzie na ten sam model, albo przegra cenowo i wypadnie z rynku. Wybór formy zatrudnienia przestaje być decyzją o sposobie pracy, a staje się warunkiem przetrwania.
Dane to potwierdzają
To nie jest hipoteza publicystyczna. Joanna Klejdysz i Tomasz Zawisza w analizie Ministerstwa Finansów (MF Working Papers 43/2024) policzyli, że jeden punkt procentowy większego zróżnicowania stawek między etatem a samozatrudnieniem przekłada się na wzrost udziału solo-samozatrudnionych o około 1,4% po pięciu latach. Efekt koncentruje się w sektorach z dużym kapitałem ludzkim, czyli tam, gdzie ludzie zarabiają najwięcej i mają największe pole do wyboru formy.
Skala jest widoczna w porównaniu międzynarodowym. Polska ma około 18-19% samozatrudnionych, podczas gdy Niemcy mają około 9% (Eurostat 2023). Forma zatrudnienia poszła w Polsce za stawką podatku, a nie za naturą wykonywanej pracy.
Jak to zamyka Jednolita Danina
Postulujemy Jednolitą Daninę, która domyka tę spiralę u źródła. Chcemy, żeby etat, zlecenie, dzieło, działalność i ryczałt rozliczały się według tej samej, progresywnej skali. Chcemy, żeby dochody z kapitału były objęte tą samą skalą co dochody z pracy. I chcemy, żeby limit 30-krotności w ZUS zniknął, bo nie ma powodu, dla którego najbogatsi mieliby opłacać składki tylko do poziomu średniej krajowej.
Co to dałoby konkretnie:
- Najbogatsi przestają omijać ZUS i odprowadzają składki od pełnego dochodu.
- Wpływy z wysokich dochodów wracają do budżetu, a więc na zdrowie, edukację i transport.
- Większość pracujących, czyli kasjerka, pielęgniarka i nauczyciel, płaci niższą stawkę niż dziś.
Redystrybucja siedzi w stawce. Nie trzeba nikogo gonić ani niczego zakazywać. Wystarczy, żeby od tego samego dochodu obowiązywała ta sama danina, niezależnie od tego, na jakim papierze go rozliczasz.

